|
Jak to się zaczęło? Tak naprawdę, nie pamiętam, kiedy zaczęła się moja przygoda z fotografią. Wiem tylko, że było to jeszcze w dzieciństwie w moim rodzinnym mieście. Mój starszy brat zauroczony fotografią urządził ciemnię w domowej łazience. Pamiętam ile musiałem robić zabiegów i do jakich argumentów odwołać się, by zgodził się na moje wejście jako obserwatora do tej „czarodziejskiej krainy”. Musiałem też zgodzić się na wiele ograniczeń i restrykcji. Miałem zakaz dotykania czegokolwiek pod rygorem relegowania mnie z ciemni. Świat, w którym biały papier fotograficzny zmieniał się w fotografię fascynował mnie do tego stopnia, że nie chcąc utracić możliwości obserwowania tych czarów podporządkowałem się nakazom brata bez słowa sprzeciwu. Któregoś dnia już bez asysty rodzeństwa ruszyłem na podbój świata z pożyczonym od ojca wysłużonym Zenitem. Była to wiosna 1970 a może 1971. Zrobiłem wtedy kilka „fajnych” zdjęć. Tak mi się przynajmniej wydawało. Niestety, Zenit w moich rękach nie sprawdził się, film okazał się mocno niedoświetlony, w dodatku obróbka chemiczna procesu wywołania przerosła moje umiejętności. Ale jak to mówią, pierwsze koty za płoty. Na szczęście z obróbką kolejnych negatywów szło mi coraz lepiej. W fotografii od zawsze interesował mnie głównie jeden temat - człowiek. Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłem były to: portrety rodziców i mocno niedoświetlony reportaż "z podwórka" z moimi kolegami w roli głównej. O „luksusowej” fotografii barwnej nawet nie śmiałem marzyć. Był to początek lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, moja sytuacja materialna z ledwością wystarczała na zakup najtańszych materiałów, których zużywałem coraz więcej. W Polsce w tym okresie „oswajanie się” z wielką fotografią uznanych światowych artystów było niemożliwe. Dla pospolitego zjadacza chleba z małego mazowieckiego miasteczka świat ten był niedostępny. Szkolne koła fotograficzne jedynie zapewniały powiększalniki, koreksy, kuwety, suszarki itp. O kierunkach i trendach w sztuce fotografii w ogóle nie rozmawiało się. Dziś podziwiam w muzeach i galeriach również internetowych doskonały warsztat wielu czołowych fotografików z tamtego okresu. Tak, to był ważny i szalenie ciekawy okres bo wiele działo się w fotografii. Kierunki artystyczne jakie wówczas dominowały znajdują jeszcze dziś wielu naśladowców. Szczególnie cenię sobie z początku lat 70-tych artystyczne dokonania Wiliama Egglestona i Stephena Schore`a, którzy pokazali jak można w artystyczny sposób wykorzystać możliwości fotografii barwnej. Nawet dziś w dobie Internetu i cyfryzacji fotografii dla wielu artystów Eggleston czy Shore stanowią punkt odniesienia i wciąż inspirują kolejne pokolenie. Podoba mi się używanie przez nich jaskrawych barw, niegdyś zastrzeżonych dla amatorów, fotografii reklamowej czy kolorowych magazynów. Chyba wówczas kolor został uznany za pełnoprawny składnik fotograficznego warsztatu artystycznego. Jednak proste, surowe, czarno-białe zdjęcia wykorzystywane przez dziesięciolecia przez najlepszych jako przemyślana strategia artystyczna zawsze będą najpiękniejsze. Chociaż trudno mi, niektóre dzieła fotograficzne wyobrazić sobie jako tematy czarno-białe. Podobnie wiele dzieł w kolorze straciłoby swój urok i przekaz interpretacyjny gdyby nie stały się czarno-białymi. Jednak mój sarkazm to tylko zwyczajne zrzędzenie. Artyści jak na nich przystało potrafią udowadniać, że sztuką jest to co sam artysta zdecyduje się podnieść do rangi sztuki. Współczesna technika cyfrowej fotografii nie ogranicza też mojej wyobraźni. Powiem nieskromnie, że upatruję tu szansę chociażby z przyczyn finansowych również dla nas fotografów amatorów i hobbystów. Bielik
|